Zupełnie nie
wiem, co napisać. Rozdział trzeci z bardzo dużym opóźnieniem, ale jest. Enjoy
;)
Znalazła się w
małym, owalnym pomieszczeniu. Ściany, wyłożone ciemną boazerią zdawały się
jeszcze bardziej zmniejszać przestrzeń. Całe oświetlenie stanowiły jedynie
promienie zachodzącego słońca, wpadające przez pojedyncze, wąskie okno. W
pokoju nie można było znaleźć ani kawałka pustej ściany, wszędzie stały szafy.
Mniejsze i większe, starsze, które wyglądały, jakby miały się rozpaść pod
najlżejszym dotykiem i nowsze, wszystkie, bez wyjątku mieściły książki. W pokoju
nie znajdowało się nic ponadto. Dosłownie. Gdziekolwiek by nie spojrzała, nie
mogła dostrzec drzwi. Odkładając na później niepokojącą myśl o braku wyjścia,
sięgnęła po oprawiony w skórę, gruby tom. Przekartkowała go, nie znajdując nic
wartego zainteresowania. Kiedy wkładała go z powrotem na półkę, zauważyła
ledwie widoczne wgłębienie w ścianie za regałem. Przesunęła go przy pomocy
zaklęcia i jej oczom ukazały się niskie drzwiczki, które otworzyły się z lekkim
oporem. Za nimi znajdowało się drugie pomieszczenie, niemalże identyczne, co
to, które właśnie opuściła. Różnica polegała na tym, że zamiast książek, wszędzie
widziała flakoniki zawierające wspomnienia. Po środku, na podwyższeniu, stała
kamienna myślodsiewnia. Rozejrzała się uważnie po komnacie, zauważając że część
buteleczek jest podpisana. Podeszła bliżej do jednego z regałów, wyciągając
rękę po butelkę, oznaczoną nazwiskiem: Aleksander Black. Ostrożnie wlała
srebrzysty płyn do myślodsiewni i pochyliła się nad nią.
Przeniosła się do niezwykle
dziwnego miejsca. Znajdowała się na środku niewielkiej doliny, otoczonej dość
gęstym, ciemnym lasem. Na wzniesieniu, na prawo od niej, stała para. Raczej
niska, ciemnowłosa kobieta zawzięcie gestykulowała, pokazując, coś czego Narcyza
nie mogła dojrzeć. Mężczyzna obok niej, nie zwracał na towarzyszkę uwagi.
Wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w drzewa. Jasne włosy i brązowe oczy
sprawiły, że od razu rozpoznała w nim brata. Wreszcie odsunęli się i Narcyza
mogła zobaczyć to, co wcześniej wskazywała nieznana jej kobieta. Na marmurowym
postumencie leżała młoda, zakrwawiona dziewczyna. Przybliżyła się, żeby posłuchać,
o czy rozmawia jej brat, który zaczął najwyraźniej kłócić się z towarzyszką.
- Powinniśmy poczekać do
następnej pełni. Jeszcze nie powiedziała nam wszystkiego.
-Brednie. – warknął Aleksander –
Powiedziała wszystko, co musimy wiedzieć. Trzymasz ją przy życiu już wystarczając
długo. Nie mamy tyle czasu.
-Jeden miesiąc nie zrobi różnicy.
-Już o tym dyskutowaliśmy. Nie
będę tego dłużej słuchać. Dziewczyna zginie dzisiaj. – kobieta nie wydawała się
przekonana, ale już nic więcej nie powiedziała.
Ku zdziwieniu Cissy, Aleksander
zamiast różdżki wyciągnął zwykły nóż. Pochylił się nad ranną dziewczyną i
zaczął nacinać jej skórę, równomiernie po obu stronach tułowia. Kiedy skończył,
zajął się rękami i twarzą. Widok był odrażający. Następnie, gdy księżyc świecił
dokładnie nad postumentem, jednym gładkim ruchem poderżnął jej gardło. Chwilę
później widok, na który patrzyła Narcyza zaczął się rozmywać, a ona wróciła do
małej komnaty.
Z westchnięciem oparła się o myślodsiewnię, próbując zrozumieć
sytuację, którą przed momentem widziała. Nie mogła uwierzyć, że jej brat, który
zawsze były taki czuły i łagodny, dokonał tego krwawego, rytualnego morderstwa.
Żałowała, że nie dowiedziała się, co nim powodowało. Jej ponure rozmyślania
przerwał stukot obcasów, który zbliżał się coraz bardziej. Musiała się stamtąd jak
najszybciej wydostać. Próba teleportacji zakończyła się niepowodzeniem, co
zresztą było wielce prawdopodobne. Pozostała jej tylko jedna możliwość, żeby
tylko jej nadzieje okazały się słuszne. Sięgnęła po medalion dzięki, któremu
się tam dostała i …
***
…upadła na posadzkę własnego
salonu. Z nieznacznym skrzywieniem wstała z klęczek, jednocześnie rozmasowując
obolałe kolana. Złoty medalion wsunęła do wewnętrznej kieszeni szaty. Podniosła wzrok, a jej oczom ukazał się widok rodem z
najgorszego koszmaru. Naprzeciwko niej, opierając się nonszalancko o framugę stał
śmierciożerca. Dobrze skrojona, czarna szata zdawała się wchłaniać całe światło
znajdujące się w pokoju, którego wszakże, jedynym źródłem był częściowo skryty
za chmurami księżyc. Szeroki kaptur rzucał głęboki cień na srebrna maskę,
osłaniającą twarz. Lodowate oczy wpatrywały się w nią bacznie, sprawiając, że
przechodziły ją dreszcze. Wzrok mężczyzny, przywodzący na myśl spojrzenie samej
śmierci, spowodował, że zapragnęła odwrócić się i pobiec najdalej, jak to
możliwe. Kurczowo zacisnęła palce na różdżce, starając się, nie wpaść w panikę.
Draco. Jeżeli coś mu się stało… Nie, nie wolno jej tak myśleć. Teraz, bardziej
niż kiedykolwiek musiała pozostać spokojna, w przeciwnym razie zginie, a do
tego dopuścić nie mogła. W ostatniej chwili udało jej się zauważyć nieznaczny
ruch różdżki, należącej do jej przeciwnika.
- Drętwota – jej głos był
żenująco słaby.
Niewerbalne zaklęcie, odbiło to
wymówione przez nią, pozbawiając ją różdżki, która z trzaskiem upadła na drugim
końcu pomieszczenia. Była bezbronna , całkowicie. Serce biło jej szybko, miała
wrażenie, że za chwilę wyskoczy jej z piersi. W przypływie strachu, zaczęła się
cofać. Jej ruch sprawił, że zaczął się do niej przybliżać, powoli zmniejszając
dzielącą ich odległość. Gwałtownie uderzyła plecami w ścianę, po której zaczęła
rozpaczliwie wodzić palcami w poszukiwaniu szczeliny lub nierówności, która
oznaczałaby obecność ukrytych drzwi. Pamiętała, że powinny znajdować się gdzieś
obok niej. Wreszcie wymacała, to czego tak rozpaczliwie szukała. W momencie,
gdy już miała uruchomić mechanizm, otwierający drzwi, jej policzek owionął
ciepły oddech.
- Nie tak szybko, skarbie – głos
śmierciożercy doskonale pasował do całej jego postaci. Gładki, aksamitny, jeden
z tych, których można słuchać godzinami. W tamtej chwili był to jednak ostatni
dźwięk, jaki pragnęłaby usłyszeć. Bynajmniej nie dlatego, że tak piękny głos, w
żadnym razie, nie powinien należeć do kogoś równie okrutnego, ale dlatego, że go
znała. Nie mogła się pomylić, poznałaby ten głos zawsze i wszędzie. Niegdyś
kojarzył jej się z bezpieczeństwem i ciepłem, ale wtedy, kiedy tak stała,
napierając plecami na ścianę, wywołał u niej jedynie przerażenie.
Mężczyzna leniwie podniósł dłoń,
w której trzymał różdżkę i ściągnął maskę, ukazując bladą, przystojną twarz jej
męża. Lucjusz intensywnie się jej przyglądał, nie mówiąc nic więcej. Odwzajemniła
jego spojrzenie łudząc się, że jej twarz nie odzwierciedla strachu, który
czuła. Nie potrafiła stwierdzić, jakie emocje nim targały. Po raz setny
przeklęła w myślach fakt, że tak umiejętnie umie je ukryć.
- Zabijesz mnie? – miała nadzieję,
że jej głos nie drży. Długo nie odpowiadał, na tyle długo, że zaczęła się
zastanawiać, czy ją usłyszał. Wystarczyło, jednakże jedno spojrzenie na jego
oblicze, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. W szarych oczach malowała się uraza,
zaciśnięte szczęki wyraźnie wskazywały, jak bardzo jest zły. Uczucia te były
widoczne zaledwie przez ułamek sekundy, na tyle jednak długo, że zdążyła je
dostrzec.
- Nie. Nie ma takiej potrzeby. –
wypowiedział te słowa spokojnym, opanowanym głosem, dając jednak do
zrozumienia, że jeżeli taka potrzeba zajdzie, nie zawaha się ani chwili.
Przynajmniej w jej odczuciu. Odsunął się nieco, dając jej niewielką możliwość
swobody.
- Puszczę cię, ale tylko pod
jednym warunkiem. Złożysz wieczystą przysięgę, że nikomu nie zdradzisz mojej
działalności – zacisnęła wargi z niechęcią. Nie mogła się zgodzić, życie z nim
było ledwo znośnie już wcześniej, ale teraz, mieszkać pod jednym dachem z
śmierciożercą? Nie potrafiłaby. Musi uciec. Panika rozlała się gwałtownie po
jej ciele, nie zostawiając miejsca na inne myśli. Niespodziewanie, nawet dla
niej samej, rzuciła w Lucjusza ogromnym wazonem, którego zresztą nigdy nie
lubiła. Nie patrząc za siebie pobiegła najszybciej, jak potrafiła. Wpadła do
sypialni, strącając po drodze część przedmiotów, z nadzieją, że choć trochę
opóźnią goniącego ją mężczyznę. Zadyszana wbiegła do holu. Od drzwi wyjściowych
dzieliły ją tylko schody. Powinna zabrać Draco. Zdawała sobie sprawę, jak mało
możliwe jest to, że zdąży, ale może jednak… Ścigające ją, gniewne okrzyki
Lucjusza były coraz bliżej. Nie miała wyjścia, musiała go zostawić, Lucjusz przecież
nie skrzywdzi syna. Prawda? Chwila zawahania kosztowała ją dużo. Jej mąż
właśnie do niej dobiegał, ale w ostatniej chwili mu umknęła. Tuż przy schodach
straciła równowagę. „Mokry marmur” to była jej ostatnia myśl, zanim uderzyła
głową w ostrą krawędź stopnia.
Ah, nareszcie nowy rodział! Zachorowałam, więc siedzę w domu przy komputerze i nagle naszła mnie myśl- może napisałaś nowy rozdział. Wchodzę na bloga i jest! Musiałam odtańczyć mój taniec radości na co przyszła moja siostra i uznała mnie za skończoną wariatkę, ale cóż, trudno czego się nie robi dla uczczenia pojawienia się nowego rozdziału na Twoim blogu. Jak zawsze rozdział jest niesamowity, tylko szkoda, że tak krótki ;( Mam nadzieję, że teraz będziesz dodawać je częściej
OdpowiedzUsuńCzekałam, czekałam i się doczekałam! Tak jak się spodziewałam, nie zawiodłaś mnie ani trochę! Rozdział fenomenalny, szkoda jednak, że taki krótki. I znowu przerwałaś w takim momencie! Jestem bardzo ciekawa gdzie znajdował się ten pokój ze wspomnieniami, w duchu żywię nadzieję, że Narcyza tam jeszcze wróci i dowie się o wiele więcej o mrocznej przeszłości. Świetnie napisana scena z Lucjuszem. Ciekawa jestem, czy on wie, o medalionie. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
http://zimne-oczy.blogspot.com/
Czytałam ten rozdział dwa razy, bo za pierwszym razem słuchałam takiej muzyki, że tylko czekałam, aż Narcyza ruch a'la Kung Fu Panda. -,- Ta... xd Ale, ale! Przeczytałam drugi raz, zmieniajac muzykę i się wczułam niesamowicie! Szczerze, to liczyłam, że Lucek będzie chciał z nią zrobić COŚ, jeżeli wiesz, co mam na myśli. ;> xd Tak wgl, to nie mogę sie doczekać po prostu kolejnego rozdziału! Skończyłaś w takim momencie, że mam ochotę cię zamordować, bo chcę wiedzieć, co dalej! ^^
OdpowiedzUsuńWięc, czekam na nn i zapraszam do siebie. ;***
Bardzo mi się rozdział podobał, mimo, iż był krótki miał w sobie to coś. :) To z Aleksandrem, dosłownie zaszokowałaś mnie, coraz bardziej intryguje mnie ta postać, bo widać ma w tym opowiadaniu jakieś większe znaczenie. :) Taka tajemniczość, podoba mi się. To z Lucjuszem było obłędne, ale żeby od razu wieczysta przysięga... Lucuś, własnej żonie nie ufać?! Nie ogarniam go, ale jest uroczy. Biedna Cyzia uciekała przed nim i coś takiego ją spotkało... Mam nadzieję, że Lucjusz się zajmie nią, jak należy i nic jej nie zrobi. No cóż, czekam na następny rozdział. <3
OdpowiedzUsuńCałuski, Cyzia. ;**
No, no warto było tu zajrzeć żeby przeczytać taki rozdział. Mimo jego aury brutalności ma w sobie coś intrygujący co naprawdę mi się podoba. Strasznie szkoda mi w nim Narcyzy. Biedna naprawdę sporo przeżyła i chyba tylko cud się stał, że wyszła z tego cało. Naprawdę mile poruszyłaś moją duszę czytelnika. Takie opowiadania są bardzo ciekawe i ekscytujące. i warto zwracać na nie uwagę. Szczególnie, że uwielbiam Malfoyów (nawet Lucjusza) chociaż to zimne dranie. Naprawdę uważam że wykonałaś dobrą robotę przy tym rozdziale. Już dawno żadne opowiadanie tak mnie nie wciągnęło!
OdpowiedzUsuńpozdrawiam serdecznie i życzę weny!
[http://wybranka-losu.blogspot.com] - może Cię zainteresuje;)
Świetny rodział ! :D
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa, co będzie dalej. :)
Życzę dużo weny, pozdrawiam. :*