Przepraszam. Chociaż to chyba za mało powiedziane, biorąc pod uwagę fakt, że nie odzywałam się ponad dwa miesięce. Szkoła daje w kość, szczególnie w tym roku i dość trudno mi znaleźć czas na pisanie. Po tak niesamowicie długim czasie publikuje rozdział czwarty, krótki, w którym mało się dzieje, czyli zdecydowanie nie taki, jaki chciałabym napisać po nieobecności. Mam nadzieję, że zrozumiecie. Posiadanie takich wspaniałych czytelników zawsze sprawia, że zaczynam się uśmiechać do monitora, szczególnie, kiedy czytam Wasze komentarze.
W ciągu tych dwóch miesięcy dorobiłam się cudownej bety: Paradise, więc teraz nareszcie nie będzie błędów <3 Chciałam także polecić jej bloga: http://sny-na-jawie.blogspot.com/, dopiero zaczyna, a historia jest naprawde świetna.
Myślę, że to tyle. Jeszcze raz przepraszam, że tak długo nie dawałam znaku życia i dziękuję za najlepsze czytelniczki na świecie <3
W ciągu tych dwóch miesięcy dorobiłam się cudownej bety: Paradise, więc teraz nareszcie nie będzie błędów <3 Chciałam także polecić jej bloga: http://sny-na-jawie.blogspot.com/, dopiero zaczyna, a historia jest naprawde świetna.
Myślę, że to tyle. Jeszcze raz przepraszam, że tak długo nie dawałam znaku życia i dziękuję za najlepsze czytelniczki na świecie <3
-Trzeba … jej …eliksir… - słuchała
tych zniekształconych słów już tak długo, próbując zrozumieć. Ułożyć w zdania,
znaleźć sens. Raz nawet otworzyła oczy. Tylko po to, żeby upewnić się, że jej
nie zostawili. Bała się samotności. Oni jednak, zamiast się ucieszyć,
uśmiechnąć się do niej, zaczęli mówić z przejęciem, głośno, natarczywie.
Przestraszyła się, że czymś ich rozzłościła. Nie chciała tego, nie ich złości.
Wcześniej było dobrze, kiedy po prostu leżała. Więc zamknęła oczy i więcej ich
nie otwierała. Przestali krzyczeć, a ona wciąż nasłuchiwała. Przynajmniej przez
jakiś czas.
***
- Wydaje mi się, że może pan zabrać żonę do domu – mówił z przejęciem
młody lekarz, spoglądając na wyższego od siebie mężczyznę – Nic więcej nie
możemy zrobić, a istnieje prawdopodobieństwo, że w znajomym otoczeniu odzyska
chociaż częściową pamięć.
- Tak. Dziękuję – odpowiedział
zamyślony Lucjusz Malfoy.
Błysk w jego oczach sprawił, że
lekarzowi przeszły ciarki po plecach. Sama obecność arystokraty sprawiała, że
aż cierpł ze strachu. W każdym ruchu Malfoya dało się wyczuć ukrytą siłę i
władzę. Magomedyk nie wątpił, że okrucieństwo często mu towarzyszy. W głębi
serca współczuł jego młodej żonie i, gdyby mógł, nigdy nie pozwoliłby jej
zabrać. Była taka piękna i krucha, a ten człowiek mógł ją tylko zniszczć.
Jednak pomimo tych szlachetnych myśli, doskonale wiedział, że nic nie może
zrobić.
***
Siedziała na miękkim łóżku w satynowej pościeli, patrząc niewidzącym
wzrokiem przed siebie. Mogłaby znaleźć tysiące osób, które byłyby niezwykle
szczęśliwe, znajdując się na jej miejscu. Ba, byłoby to spełnienie ich
najskrytszych marzeń. Jej sytuacja mogłaby uszczęśliwić tak wiele osób, tak
wiele istnień, ale nie ją. Co za ironia losu. Od dzieciństwa żyła w przepychu i
jak widać nic się pod tym względem nie miało zmieniać. Nie chciała tego. Nie
takie były jej plany na przyszłość. Chciała czegoś, czego nigdy w życiu nie
zaznała, czego nigdy nie miała zaznać. Marzyła, że kiedyś będzie dla kogoś
ważna, ona sama, nie jej status krwi, nie pieniądze. Chociaż raz w życiu
chciała być kochana. Mieć kogoś, kto nigdy nie opuści, nie zostawi, nie
zawiedzie. Nie było jej dane nawet posmakować miłości. Nawet łzy nie miały już
sił, żeby wypłynąć z jej oczu.
Przed sobą widziała zwykłą, nieciekawą ścianę, oświetloną bladym
światłem księżyca. Znienawidziła ją od pierwszego wejrzenia. Była częścią tego
domu, częścią jej więzienia. Zapragnęła ją zniszczyć, ją i wiele innych. Aż w
końcu nie pozostałoby nic prócz gruzu. Najbardziej pragnęła jednak zniszczyć
pana tego domu, jej oprawcę. W przypływie złości zrzuciła wazon, rozgniatając
ceramikę na pył. Wyobrażała sobie, że to on, tak oto ginie, rozdeptany pod jej
stopami. Wiedziała, że zaraz tu przyjdzie, usiądzie obok, pogłaszcze po
włosach, mówiąc niemające żadnego sensu słowa, które w zamierzeniu miały ją
uspokoić. Ona pozwoli mu na to wszystko, bo zawsze pozwala, bo to codzienna
rutyna, której nie można zakłócać. Nawet jeśli jego dotyk powoduje obrzydzenie,
a obecność przytłacza. Pozwoli mu. Pozwoli na wszystko. Zawsze to robi.
On nie zrobił jednak tego, co
powinien. Z niewytłumaczalnego powodu wziął ją na ręce i wyniósł z pokoju.
‘Wszystko jest źle, nie tak’ – chciała krzyknąć, ale nie mogła znaleźć głosu.
Posadził ją na niskim stołku w nieznanym jej pomieszczeniu, żeby po chwili
wylać kroplę płynu na całkiem sporą ranę, która z jakiegoś powodu znalazła się
na jej ręce. Wszystko było tak bardzo "nie tak". Ze zdziwieniem
zauważyła, że dotyka jej twarzy. Jakby ocierał łzy, których przecież nie było.
Uklęknął przed nią, delikatnie gładząc policzek.
- Zaniosę cię teraz do twojego pokoju,
dobrze? – cichy, łagodny szept po raz pierwszy wydał jej się kojący. Kiwnęła
głową, potakując. Znów wziął ją w ramiona, a ona zamyślona, zaczęła wsłuchiwać
się równy rytm jego serca. Jego ciało przyjemnie ją ogrzewało po pobycie w
tamtym zimnym pomieszczeniu. Może jego obecność nie jest aż taka zła? –
nieproszona myśl wkradła się do jej umysłu, jednak po chwili zastanowienia
przyznała jej rację. Nie chciała zostawać sama tej nocy. Położył ją w łóżku i,
jak co dzień, złożył delikatny pocałunek na jej skroniach. Zanim zdążyła coś
powiedzieć, zgasił małą lampkę i wyszedł.
***
-Aaaaaa – przejmujący krzyk rozdarł nocną ciszę, która panowała w
pogrążonym we śnie Manor, budząc każdą żywą istotę. Narcyza obudziła się również, próbując
zorientować się w sytuacji. Nie była pewna, co tak naprawdę ją obudziło.
Oczekiwała, że ktoś zaraz zjawi się w jej sypialni i wszystko wyjaśni. Mijały minuty, a ona nie usłyszała żadnych
kroków, nikt nie otworzył drzwi prowadzących do jej pokoju, nikt do niej nie
przyszedł. Postanowiła wyjść i osobiście poszukać odpowiedzi. Na końcu
korytarza widać było słabe światło, więc skierowała się w jego kierunku.
Siedział na łóżku, pochylając się nad
drobną postacią, która na nim leżała.
- … i tam był potwór, który chciał
mnie skrzywdzić – cienki, drżący głosik dochodził z łóżka. Podeszła kilka
kroków do przodu, aby dojrzeć do kogo należy. Zobaczyła małego, jasnowłosego
chłopca, którego twarzyczka była mokra od łez. Lucjusz delikatnie go przytulił,
pocieszając, dokładnie tak jak wcześniej ją. Zrobiło jej się ciepło na sercu.
-
Tato, kiedy wróci mama? - chlipał
chłopczyk.
- Niedługo, mam nadzieję. Wciąż jest
bardzo chora, Draco. Potrzebuje czasu,
aby wyzdrowieć – na chwilę przycisnął syna
mocniej do swojej piersi – Połóż się. Obiecuję, że żadne koszmary nie będę cię
już męczyć. Dobrze, Draco?
Chłopczyk pokiwał głową i pozwolił
ukołysać się do snu. Spoglądała na tą
scenę, nie mogąc oderwać oczu. Zdziwiło ją, że Lucjusz ma syna. Zastanawiała
się, kim jest matka chłopca i gdzie się znajduje. Była w prawdzie żoną
Lucjusza, lecz na pewno nie matką jego dziecka. Więc kto? I dlaczego tamta
kobieta nie była związana z Malfoyem węzłem małżeńskim? Pogrążona w myślach
zadawała sobie te pytania i nie zauważyła nawet, że jest obserwowana.
***
W chwili, gdy uspokojony Draco zasnął, pan Manor wstał z ciężkim
westchnięciem ulgi i postanowieniem położenia sie na powrót spać. Jakie było
jego zdziwienie, kiedy zobaczył drobną, szczupłą postać nieumiejętnie
skrywającą swą obecność za drzwiami. Niezdrowa bladość jej twarzy, którą
okalały pukle jasnych, niemal białych włosów
boleśnie przypomniała mu o wydarzeniach, które miały miejsce z jego
winy. Wiedział, że nigdy sobie nie wybaczy. Dawno temu przekonał się, jak wiele
szkody potrafi przynieść nieumiejętny krok, zła decyzja podjęta w
nieodpowiednim czasie. Wtedy jednakże nie on miał wpływ na konsekwencje, gdyż
to nie on decydował. Przysiągł sobie wówczas, że nigdy nie pozwoli sobie
utracić czujności. Rodzina była dla niego najważniejsza , a teraz do końca
życia będzie musiał żyć z poczuciem winy. Skrzywdził jedną z dwóch
najważniejszych dla siebie istot i to więcej niż raz. Jakie znaczenie miały w
tym względzie jego zamiary? Cierpiała przez niego i tylko niego. Chowając
głęboko w sercu swój ból i żal, ze zdziwieniem zauważył również oznaki
natchodzącej złości. Bądź co bądź uzasadnionej - miała odpoczywać, leżąc w
łóżki, a nie wybierać sie na spacery po Manor w poszukiwaniu Bóg wie czego.
- Narcyzo, dobrze wiesz, że nie wolno
Ci wychodzić z łóżka, jeszcze przynajmniej przez tydzień - z rozbawieniem zauważył strach, jaki
malował się w jej oczach, kiedy podniosła głowę. Zupełnie jak wystraszona mysz,
która nieoczekiwanie spotyka na swojej drodze głodnego kota.
Stracił już nadzieję, że odpowie.
Każda próba nawiązania konwersacji spotykała się z głuchym milczeniem. Podszedł
do niej lekkim krokiem i podniósł, kierując się w stronę jej nowej sypialni.
Mimo ciężaru winy, jaki nosił i nosić będzie do końca swoich dni, pozwolił
sobie delektować się trzymaniem jej blisko. Delikatny, ledwo wyczuwalny dotyk
jedwabistych włosów na szyi i nagim ramieniu, zapach lawendy, którym zawsze
pachniały jej włosy sprawiały, że na krótkie momenty zapominał o rzeczywistości.
Znowu miał dwadzieścia lat, trzymał ją w ramionach, słuchając jej perłowego
śmiechu. Znów był szczęsliwy. Chwile jak to chwile zawsze kiedyś się kończą,
ulotne jak podmuch wiatru. Dotarli do pokoju Narcyzy. Wiedział, że będzie
musiał ją postawić, wypuścić z ochronnych ramion, jednak przedłużał tę chwilę
najdłużej jak mógł. Kiedy jej nagie stopy dotknęły puszystego dywanu, łagodnie
pogładził ją po policzku. Para czystych, niebieskich oczu momentalnie
popatrzyła w jego. Ledwie świadom, że kąciki jego ust podjechały do góry,
pochylił się i złożył czuły pocałunek na jej malinowych wargach. Ku jego
ogromnemu zdziwieniu nie odepchnęła go, choć nie odwzajemniła pieszczoty.
- Lucjuszu, ja nie...
Nie dał jej nawet skończyć, wiedział,
co zaraz usłyszy. Pod tym względem miała rację, nie powinien jej całować. Nie
kiedy to wszystko... Puścił ją, czując
nagły chłód, jednak nie mógł nic poradzić. Odwrócił się na pięcię i wyszedł. W
chwili, gdy jego dłoń dosięgnęła klamki, usłyszał cichy głos:
- Nie chcę być sama.
Już myślałam, że nas opuściłaś na zawsze, a tu takie miłe zaskoczenie! Przed chwilą skasowało mi komentarz, który napisałam, przez co jestem zdenerwowana, dlatego będzie krótszy od tamtego...
OdpowiedzUsuńZacznijmy od tego, że rozdział wcale nie był nudny! Działo się, oj działo! Pomimo, że niestety krótki... Ten chłopiec, którego Lucjusz usypiał... Kto jest jego matką? Przecież pan Malfoy jest mężem Narcyzy, a oni nie mają dziecka. Nie rozumiem... Mam jednak nadzieję, że szybko dowiem się prawdy!
Zdziwiło mnie zachowanie Lucjusza, tak szczerze. Czyżby kochał naszą Cyzię? Jeżeli tak, to szkoda, że on ją tak obrzydza. :( Liczę na to, że szybko to się zmieni!
Chciałam zwrócić uwagę na jeden błąd, który mnie rozbawił! Twoja beta nie zauważyła, że zamiast ,,pan Malfoy" jest ,,pan Manor". xd Znalazłam jeszcze dwa, lecz każdemu się to może zdarzać i niestety zdarza. Cóż, nie jesteśmy idealni!
Zapraszam serdecznie do siebie i życzę weny! :)
A co do komentarza, to wyleciało mi, że Narcyza zapomniała, że Draco to jej dziecko. -,- Pamięć Oli jest niesamowita. -,-
UsuńZabieram się za komentowanie. (wreszcie) Rozdział był cudowny mimo iż długo kazałas nam na niego czekac. Uwielbiam czytac o Cyzi i Lucjuszu w Twoim wykonaniu. Przejdzmy do tresci. Biedna Cyzia, kurczę, aż zrobiło mi się smutno z jej powodu. :( A do tego Lucjusz... Czyżby mizl Poczucie winy? Powinien. Ale naprawdę widac kocha synka. Zakończyłas w takim momencie, w takim cudownym. Pozostaje mi czekac jedynie na następny rozdział. :)
OdpowiedzUsuńWeeny!
Całuski , Cyzia. :*
ps: wybacz błędy - komorka.