piątek, 7 marca 2014

Zawieszenieeee ;____;

Witamy, witamy sznowna śmietanko! Nadszedł o to ten dzień (aż mnie korci żeby nastrojową muzyczkę wstawić), kiedy nadzieja na napisanie kolejnej notki umarła nawet u mnie. Ze względu, na kompletny brak czasu, średnio kompletny brak weny zawieszam bloga na czas mniej więcej określony. Teraz najważniejsza chwila (nie uduście) na 99%  będzie to... yhym, yhym do..  wakacji. Tak, też mi przykro, smutno, serce się kraja :( Na osłodzenie (szczególnie Esme) mogę dodać, że w następnym rozdziale planuję scenkę +18 :D Będziecie musiały z tym żyć aż do wakacji :((((( (O ile ktoś tu zostanie oczywiście, chociaż i tak będę się łudzić :P )
Tak więc, bywajcie! Udanej reszty roku szkolnego!
Pozdrwiam, Spes_

PS No i jednak mój wrodzony leń wygrał, nastrojowej muzyczki nie będzie! Ale jest gif, który idealnie oddaje mój obecny nastrój ;__;


niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział czwarty


 Przepraszam. Chociaż to chyba za mało powiedziane, biorąc pod uwagę fakt, że nie odzywałam się ponad dwa miesięce. Szkoła daje w kość, szczególnie w tym roku i dość trudno mi znaleźć czas na pisanie. Po tak niesamowicie długim czasie publikuje rozdział czwarty, krótki, w którym mało się dzieje, czyli zdecydowanie nie taki, jaki chciałabym napisać po nieobecności. Mam nadzieję, że zrozumiecie. Posiadanie takich wspaniałych czytelników zawsze sprawia, że zaczynam się uśmiechać do monitora, szczególnie, kiedy czytam Wasze komentarze. 
W ciągu tych dwóch miesięcy dorobiłam się cudownej bety: Paradise, więc teraz nareszcie nie będzie błędów <3 Chciałam także polecić jej bloga: http://sny-na-jawie.blogspot.com/, dopiero zaczyna, a historia jest naprawde świetna.
Myślę, że to tyle. Jeszcze raz przepraszam, że tak długo nie dawałam znaku życia i dziękuję za najlepsze czytelniczki na świecie <3






 
-Trzeba … jej …eliksir… - słuchała tych zniekształconych słów już tak długo, próbując zrozumieć. Ułożyć w zdania, znaleźć sens. Raz nawet otworzyła oczy. Tylko po to, żeby upewnić się, że jej nie zostawili. Bała się samotności. Oni jednak, zamiast się ucieszyć, uśmiechnąć się do niej, zaczęli mówić z przejęciem, głośno, natarczywie. Przestraszyła się, że czymś ich rozzłościła. Nie chciała tego, nie ich złości. Wcześniej było dobrze, kiedy po prostu leżała. Więc zamknęła oczy i więcej ich nie otwierała. Przestali krzyczeć, a ona wciąż nasłuchiwała. Przynajmniej przez jakiś czas.

***

   - Wydaje mi się, że może pan zabrać żonę do domu – mówił z przejęciem młody lekarz, spoglądając na wyższego od siebie mężczyznę – Nic więcej nie możemy zrobić, a istnieje prawdopodobieństwo, że w znajomym otoczeniu odzyska chociaż częściową pamięć.

- Tak. Dziękuję – odpowiedział zamyślony Lucjusz Malfoy.

Błysk w jego oczach sprawił, że lekarzowi przeszły ciarki po plecach. Sama obecność arystokraty sprawiała, że aż cierpł ze strachu. W każdym ruchu Malfoya dało się wyczuć ukrytą siłę i władzę. Magomedyk nie wątpił, że okrucieństwo często mu towarzyszy. W głębi serca współczuł jego młodej żonie i, gdyby mógł, nigdy nie pozwoliłby jej zabrać. Była taka piękna i krucha, a ten człowiek mógł ją tylko zniszczć. Jednak pomimo tych szlachetnych myśli, doskonale wiedział, że nic nie może zrobić.


***


   Siedziała na miękkim łóżku w satynowej pościeli, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie. Mogłaby znaleźć tysiące osób, które byłyby niezwykle szczęśliwe, znajdując się na jej miejscu. Ba, byłoby to spełnienie ich najskrytszych marzeń. Jej sytuacja mogłaby uszczęśliwić tak wiele osób, tak wiele istnień, ale nie ją. Co za ironia losu. Od dzieciństwa żyła w przepychu i jak widać nic się pod tym względem nie miało zmieniać. Nie chciała tego. Nie takie były jej plany na przyszłość. Chciała czegoś, czego nigdy w życiu nie zaznała, czego nigdy nie miała zaznać. Marzyła, że kiedyś będzie dla kogoś ważna, ona sama, nie jej status krwi, nie pieniądze. Chociaż raz w życiu chciała być kochana. Mieć kogoś, kto nigdy nie opuści, nie zostawi, nie zawiedzie. Nie było jej dane nawet posmakować miłości. Nawet łzy nie miały już sił, żeby wypłynąć z jej oczu.

   Przed sobą widziała zwykłą, nieciekawą ścianę, oświetloną bladym światłem księżyca. Znienawidziła ją od pierwszego wejrzenia. Była częścią tego domu, częścią jej więzienia. Zapragnęła ją zniszczyć, ją i wiele innych. Aż w końcu nie pozostałoby nic prócz gruzu. Najbardziej pragnęła jednak zniszczyć pana tego domu, jej oprawcę. W przypływie złości zrzuciła wazon, rozgniatając ceramikę na pył. Wyobrażała sobie, że to on, tak oto ginie, rozdeptany pod jej stopami. Wiedziała, że zaraz tu przyjdzie, usiądzie obok, pogłaszcze po włosach, mówiąc niemające żadnego sensu słowa, które w zamierzeniu miały ją uspokoić. Ona pozwoli mu na to wszystko, bo zawsze pozwala, bo to codzienna rutyna, której nie można zakłócać. Nawet jeśli jego dotyk powoduje obrzydzenie, a obecność przytłacza. Pozwoli mu. Pozwoli na wszystko. Zawsze to robi.

On nie zrobił jednak tego, co powinien. Z niewytłumaczalnego powodu wziął ją na ręce i wyniósł z pokoju. ‘Wszystko jest źle, nie tak’ – chciała krzyknąć, ale nie mogła znaleźć głosu. Posadził ją na niskim stołku w nieznanym jej pomieszczeniu, żeby po chwili wylać kroplę płynu na całkiem sporą ranę, która z jakiegoś powodu znalazła się na jej ręce. Wszystko było tak bardzo "nie tak". Ze zdziwieniem zauważyła, że dotyka jej twarzy. Jakby ocierał łzy, których przecież nie było. Uklęknął przed nią, delikatnie gładząc policzek.

- Zaniosę cię teraz do twojego pokoju, dobrze? – cichy, łagodny szept po raz pierwszy wydał jej się kojący. Kiwnęła głową, potakując. Znów wziął ją w ramiona, a ona zamyślona, zaczęła wsłuchiwać się równy rytm jego serca. Jego ciało przyjemnie ją ogrzewało po pobycie w tamtym zimnym pomieszczeniu. Może jego obecność nie jest aż taka zła? – nieproszona myśl wkradła się do jej umysłu, jednak po chwili zastanowienia przyznała jej rację. Nie chciała zostawać sama tej nocy. Położył ją w łóżku i, jak co dzień, złożył delikatny pocałunek na jej skroniach. Zanim zdążyła coś powiedzieć, zgasił małą lampkę i wyszedł.


***


   -Aaaaaa – przejmujący krzyk rozdarł nocną ciszę, która panowała w pogrążonym we śnie Manor, budząc każdą żywą istotę.  Narcyza obudziła się również, próbując zorientować się w sytuacji. Nie była pewna, co tak naprawdę ją obudziło. Oczekiwała, że ktoś zaraz zjawi się w jej sypialni i wszystko wyjaśni.  Mijały minuty, a ona nie usłyszała żadnych kroków, nikt nie otworzył drzwi prowadzących do jej pokoju, nikt do niej nie przyszedł. Postanowiła wyjść i osobiście poszukać odpowiedzi. Na końcu korytarza widać było słabe światło, więc skierowała się w jego kierunku.

Siedział na łóżku, pochylając się nad drobną postacią, która na nim leżała.

- … i tam był potwór, który chciał mnie skrzywdzić – cienki, drżący głosik dochodził z łóżka. Podeszła kilka kroków do przodu, aby dojrzeć do kogo należy. Zobaczyła małego, jasnowłosego chłopca, którego twarzyczka była mokra od łez. Lucjusz delikatnie go przytulił, pocieszając, dokładnie tak jak wcześniej ją. Zrobiło jej się ciepło na sercu.

-  Tato, kiedy wróci mama?  - chlipał chłopczyk.

- Niedługo, mam nadzieję. Wciąż jest bardzo chora, Draco.  Potrzebuje czasu, aby wyzdrowieć  – na chwilę przycisnął syna mocniej do swojej piersi – Połóż się. Obiecuję, że żadne koszmary nie będę cię już męczyć. Dobrze, Draco?

Chłopczyk pokiwał głową i pozwolił ukołysać się do snu.  Spoglądała na tą scenę, nie mogąc oderwać oczu. Zdziwiło ją, że Lucjusz ma syna. Zastanawiała się, kim jest matka chłopca i gdzie się znajduje. Była w prawdzie żoną Lucjusza, lecz na pewno nie matką jego dziecka. Więc kto? I dlaczego tamta kobieta nie była związana z Malfoyem węzłem małżeńskim? Pogrążona w myślach zadawała sobie te pytania i nie zauważyła nawet, że jest obserwowana.


***



    W chwili, gdy uspokojony Draco zasnął, pan Manor wstał z ciężkim westchnięciem ulgi i postanowieniem położenia sie na powrót spać. Jakie było jego zdziwienie, kiedy zobaczył drobną, szczupłą postać nieumiejętnie skrywającą swą obecność za drzwiami. Niezdrowa bladość jej twarzy, którą okalały pukle jasnych, niemal białych włosów  boleśnie przypomniała mu o wydarzeniach, które miały miejsce z jego winy. Wiedział, że nigdy sobie nie wybaczy. Dawno temu przekonał się, jak wiele szkody potrafi przynieść nieumiejętny krok, zła decyzja podjęta w nieodpowiednim czasie. Wtedy jednakże nie on miał wpływ na konsekwencje, gdyż to nie on decydował. Przysiągł sobie wówczas, że nigdy nie pozwoli sobie utracić czujności. Rodzina była dla niego najważniejsza , a teraz do końca życia będzie musiał żyć z poczuciem winy. Skrzywdził jedną z dwóch najważniejszych dla siebie istot i to więcej niż raz. Jakie znaczenie miały w tym względzie jego zamiary? Cierpiała przez niego i tylko niego. Chowając głęboko w sercu swój ból i żal, ze zdziwieniem zauważył również oznaki natchodzącej złości. Bądź co bądź uzasadnionej - miała odpoczywać, leżąc w łóżki, a nie wybierać sie na spacery po Manor w poszukiwaniu Bóg wie czego.

- Narcyzo, dobrze wiesz, że nie wolno Ci wychodzić z łóżka, jeszcze przynajmniej przez tydzień  - z rozbawieniem zauważył strach, jaki malował się w jej oczach, kiedy podniosła głowę. Zupełnie jak wystraszona mysz, która nieoczekiwanie spotyka na swojej drodze głodnego kota.

Stracił już nadzieję, że odpowie. Każda próba nawiązania konwersacji spotykała się z głuchym milczeniem. Podszedł do niej lekkim krokiem i podniósł, kierując się w stronę jej nowej sypialni. Mimo ciężaru winy, jaki nosił i nosić będzie do końca swoich dni, pozwolił sobie delektować się trzymaniem jej blisko. Delikatny, ledwo wyczuwalny dotyk jedwabistych włosów na szyi i nagim ramieniu, zapach lawendy, którym zawsze pachniały jej włosy sprawiały, że na krótkie momenty zapominał o rzeczywistości. Znowu miał dwadzieścia lat, trzymał ją w ramionach, słuchając jej perłowego śmiechu. Znów był szczęsliwy. Chwile jak to chwile zawsze kiedyś się kończą, ulotne jak podmuch wiatru. Dotarli do pokoju Narcyzy. Wiedział, że będzie musiał ją postawić, wypuścić z ochronnych ramion, jednak przedłużał tę chwilę najdłużej jak mógł. Kiedy jej nagie stopy dotknęły puszystego dywanu, łagodnie pogładził ją po policzku. Para czystych, niebieskich oczu momentalnie popatrzyła w jego. Ledwie świadom, że kąciki jego ust podjechały do góry, pochylił się i złożył czuły pocałunek na jej malinowych wargach. Ku jego ogromnemu zdziwieniu nie odepchnęła go, choć nie odwzajemniła pieszczoty.

- Lucjuszu, ja nie...

Nie dał jej nawet skończyć, wiedział, co zaraz usłyszy. Pod tym względem miała rację, nie powinien jej całować. Nie kiedy to wszystko...  Puścił ją, czując nagły chłód, jednak nie mógł nic poradzić. Odwrócił się na pięcię i wyszedł. W chwili, gdy jego dłoń dosięgnęła klamki, usłyszał cichy głos:

- Nie chcę być sama.

wtorek, 10 września 2013

Rozdział trzeci


Zupełnie nie wiem, co napisać. Rozdział trzeci z bardzo dużym opóźnieniem, ale jest. Enjoy ;)



Znalazła się w małym, owalnym pomieszczeniu. Ściany, wyłożone ciemną boazerią zdawały się jeszcze bardziej zmniejszać przestrzeń. Całe oświetlenie stanowiły jedynie promienie zachodzącego słońca, wpadające przez pojedyncze, wąskie okno. W pokoju nie można było znaleźć ani kawałka pustej ściany, wszędzie stały szafy. Mniejsze i większe, starsze, które wyglądały, jakby miały się rozpaść pod najlżejszym dotykiem i nowsze, wszystkie, bez wyjątku mieściły książki. W pokoju nie znajdowało się nic ponadto. Dosłownie. Gdziekolwiek by nie spojrzała, nie mogła dostrzec drzwi. Odkładając na później niepokojącą myśl o braku wyjścia, sięgnęła po oprawiony w skórę, gruby tom. Przekartkowała go, nie znajdując nic wartego zainteresowania. Kiedy wkładała go z powrotem na półkę, zauważyła ledwie widoczne wgłębienie w ścianie za regałem. Przesunęła go przy pomocy zaklęcia i jej oczom ukazały się niskie drzwiczki, które otworzyły się z lekkim oporem. Za nimi znajdowało się drugie pomieszczenie, niemalże identyczne, co to, które właśnie opuściła. Różnica polegała na tym, że zamiast książek, wszędzie widziała flakoniki zawierające wspomnienia. Po środku, na podwyższeniu, stała kamienna myślodsiewnia. Rozejrzała się uważnie po komnacie, zauważając że część buteleczek jest podpisana. Podeszła bliżej do jednego z regałów, wyciągając rękę po butelkę, oznaczoną nazwiskiem: Aleksander Black. Ostrożnie wlała srebrzysty płyn do myślodsiewni i pochyliła się nad nią. 


Przeniosła się do niezwykle dziwnego miejsca. Znajdowała się na środku niewielkiej doliny, otoczonej dość gęstym, ciemnym lasem. Na wzniesieniu, na prawo od niej, stała para. Raczej niska, ciemnowłosa kobieta zawzięcie gestykulowała, pokazując, coś czego Narcyza nie mogła dojrzeć. Mężczyzna obok niej, nie zwracał na towarzyszkę uwagi. Wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w drzewa. Jasne włosy i brązowe oczy sprawiły, że od razu rozpoznała w nim brata. Wreszcie odsunęli się i Narcyza mogła zobaczyć to, co wcześniej wskazywała nieznana jej kobieta. Na marmurowym postumencie leżała młoda, zakrwawiona dziewczyna. Przybliżyła się, żeby posłuchać, o czy rozmawia jej brat, który zaczął najwyraźniej kłócić się z towarzyszką.

- Powinniśmy poczekać do następnej pełni. Jeszcze nie powiedziała nam wszystkiego.

-Brednie. – warknął Aleksander – Powiedziała wszystko, co musimy wiedzieć. Trzymasz ją przy życiu już wystarczając długo. Nie mamy tyle czasu.

-Jeden miesiąc nie zrobi różnicy.

-Już o tym dyskutowaliśmy. Nie będę tego dłużej słuchać. Dziewczyna zginie dzisiaj. – kobieta nie wydawała się przekonana, ale już nic więcej nie powiedziała.

Ku zdziwieniu Cissy, Aleksander zamiast różdżki wyciągnął zwykły nóż. Pochylił się nad ranną dziewczyną i zaczął nacinać jej skórę, równomiernie po obu stronach tułowia. Kiedy skończył, zajął się rękami i twarzą. Widok był odrażający. Następnie, gdy księżyc świecił dokładnie nad postumentem, jednym gładkim ruchem poderżnął jej gardło. Chwilę później widok, na który patrzyła Narcyza zaczął się rozmywać, a ona wróciła do małej komnaty.


Z westchnięciem oparła się o myślodsiewnię, próbując zrozumieć sytuację, którą przed momentem widziała. Nie mogła uwierzyć, że jej brat, który zawsze były taki czuły i łagodny, dokonał tego krwawego, rytualnego morderstwa. Żałowała, że nie dowiedziała się, co nim powodowało. Jej ponure rozmyślania przerwał stukot obcasów, który zbliżał się coraz bardziej. Musiała się stamtąd jak najszybciej wydostać. Próba teleportacji zakończyła się niepowodzeniem, co zresztą było wielce prawdopodobne. Pozostała jej tylko jedna możliwość, żeby tylko jej nadzieje okazały się słuszne. Sięgnęła po medalion dzięki, któremu się tam dostała i …


***


…upadła na posadzkę własnego salonu. Z nieznacznym skrzywieniem wstała z klęczek, jednocześnie rozmasowując obolałe kolana. Złoty medalion wsunęła do wewnętrznej kieszeni szaty. Podniosła wzrok, a jej oczom ukazał się widok rodem z najgorszego koszmaru. Naprzeciwko niej, opierając się nonszalancko o framugę stał śmierciożerca. Dobrze skrojona, czarna szata zdawała się wchłaniać całe światło znajdujące się w pokoju, którego wszakże, jedynym źródłem był częściowo skryty za chmurami księżyc. Szeroki kaptur rzucał głęboki cień na srebrna maskę, osłaniającą twarz. Lodowate oczy wpatrywały się w nią bacznie, sprawiając, że przechodziły ją dreszcze. Wzrok mężczyzny, przywodzący na myśl spojrzenie samej śmierci, spowodował, że zapragnęła odwrócić się i pobiec najdalej, jak to możliwe. Kurczowo zacisnęła palce na różdżce, starając się, nie wpaść w panikę. Draco. Jeżeli coś mu się stało… Nie, nie wolno jej tak myśleć. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek musiała pozostać spokojna, w przeciwnym razie zginie, a do tego dopuścić nie mogła. W ostatniej chwili udało jej się zauważyć nieznaczny ruch różdżki, należącej do jej przeciwnika. 

- Drętwota – jej głos był żenująco słaby.

Niewerbalne zaklęcie, odbiło to wymówione przez nią, pozbawiając ją różdżki, która z trzaskiem upadła na drugim końcu pomieszczenia. Była bezbronna , całkowicie. Serce biło jej szybko, miała wrażenie, że za chwilę wyskoczy jej z piersi. W przypływie strachu, zaczęła się cofać. Jej ruch sprawił, że zaczął się do niej przybliżać, powoli zmniejszając dzielącą ich odległość. Gwałtownie uderzyła plecami w ścianę, po której zaczęła rozpaczliwie wodzić palcami w poszukiwaniu szczeliny lub nierówności, która oznaczałaby obecność ukrytych drzwi. Pamiętała, że powinny znajdować się gdzieś obok niej. Wreszcie wymacała, to czego tak rozpaczliwie szukała. W momencie, gdy już miała uruchomić mechanizm, otwierający drzwi, jej policzek owionął ciepły oddech.

- Nie tak szybko, skarbie – głos śmierciożercy doskonale pasował do całej jego postaci. Gładki, aksamitny, jeden z tych, których można słuchać godzinami. W tamtej chwili był to jednak ostatni dźwięk, jaki pragnęłaby usłyszeć. Bynajmniej nie dlatego, że tak piękny głos, w żadnym razie, nie powinien należeć do kogoś równie okrutnego, ale dlatego, że go znała. Nie mogła się pomylić, poznałaby ten głos zawsze i wszędzie. Niegdyś kojarzył jej się z bezpieczeństwem i ciepłem, ale wtedy, kiedy tak stała, napierając plecami na ścianę, wywołał u niej jedynie przerażenie.

Mężczyzna leniwie podniósł dłoń, w której trzymał różdżkę i ściągnął maskę, ukazując bladą, przystojną twarz jej męża. Lucjusz intensywnie się jej przyglądał, nie mówiąc nic więcej. Odwzajemniła jego spojrzenie łudząc się, że jej twarz nie odzwierciedla strachu, który czuła. Nie potrafiła stwierdzić, jakie emocje nim targały. Po raz setny przeklęła w myślach fakt, że tak umiejętnie umie je ukryć.

- Zabijesz mnie? – miała nadzieję, że jej głos nie drży. Długo nie odpowiadał, na tyle długo, że zaczęła się zastanawiać, czy ją usłyszał. Wystarczyło, jednakże jedno spojrzenie na jego oblicze, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. W szarych oczach malowała się uraza, zaciśnięte szczęki wyraźnie wskazywały, jak bardzo jest zły. Uczucia te były widoczne zaledwie przez ułamek sekundy, na tyle jednak długo, że zdążyła je dostrzec.

- Nie. Nie ma takiej potrzeby. – wypowiedział te słowa spokojnym, opanowanym głosem, dając jednak do zrozumienia, że jeżeli taka potrzeba zajdzie, nie zawaha się ani chwili. Przynajmniej w jej odczuciu. Odsunął się nieco, dając jej niewielką możliwość swobody.

- Puszczę cię, ale tylko pod jednym warunkiem. Złożysz wieczystą przysięgę, że nikomu nie zdradzisz mojej działalności – zacisnęła wargi z niechęcią. Nie mogła się zgodzić, życie z nim było ledwo znośnie już wcześniej, ale teraz, mieszkać pod jednym dachem z śmierciożercą? Nie potrafiłaby. Musi uciec. Panika rozlała się gwałtownie po jej ciele, nie zostawiając miejsca na inne myśli. Niespodziewanie, nawet dla niej samej, rzuciła w Lucjusza ogromnym wazonem, którego zresztą nigdy nie lubiła. Nie patrząc za siebie pobiegła najszybciej, jak potrafiła. Wpadła do sypialni, strącając po drodze część przedmiotów, z nadzieją, że choć trochę opóźnią goniącego ją mężczyznę. Zadyszana wbiegła do holu. Od drzwi wyjściowych dzieliły ją tylko schody. Powinna zabrać Draco. Zdawała sobie sprawę, jak mało możliwe jest to, że zdąży, ale może jednak… Ścigające ją, gniewne okrzyki Lucjusza były coraz bliżej. Nie miała wyjścia, musiała go zostawić, Lucjusz przecież nie skrzywdzi syna. Prawda? Chwila zawahania kosztowała ją dużo. Jej mąż właśnie do niej dobiegał, ale w ostatniej chwili mu umknęła. Tuż przy schodach straciła równowagę. „Mokry marmur” to była jej ostatnia myśl, zanim uderzyła głową w ostrą krawędź stopnia.