O ile ktoś to jeszcze czyta...
Udało mi się wreszcie skończyć ten rozdział. Zpowiadałam, że będzie wcześniej, wiem, pozostaje mieć nadzieję, że mi wybaczycie. Rozdział wydaje mi się raczej nudny i krótki. Jestem bardzo wdzięczna za te wspaniałe komentarze, naprawdę baaardzo mnie motywują.
Ithlino możliwość dodania do obserwatorów jest i będzie mi bardzo ( już trzecie 'bardzo') miło.
Cyziu życzenia zdrowia (przeczytałam rozdział i jeszcze skomentuje, z reszta podobał mi się jak zawsze)
Esme również czytałam i też mi sie podoba i także jeszcze skomentuję.
Za błędy przepraszam i zapraszam;p
W cichym, ciemnym holu pojawiły się nagle dwie postacie,
niższa z nich natychmiast podążyła do innego pomieszczenia, opuszczając
towarzysza bez słowa. Druga stała jeszcze przez chwilę w mroku, patrząc, jakby
z żalem, za oddalającą się kobietą. Trwało to jednak tak krótką chwilę, że
jedynie baczny obserwator, jakim niewątpliwie była Amanda Peockly - niezarejestrowany
animag, mógł to zauważyć.
***
Zaraz po tym, jak powrócili do rezydencji, Narcyza poszła do
swojej sypialni. Na podłodze wciąż leżało roztrzaskane zdjęcie.
-Reparo – mruknęła i schyliła się by podnieść fotografię.
Przedstawiała ją samą oraz paro miesięcznego Draco, którego trzymała w
objęciach. Oglądała to zdjęcie już wiele razy, jednak dopiero teraz jej wzrok
przykuł srebrny naszyjnik, który leżał na komodzie, przy której stała z
niemowlęciem. Znała ten naszyjnik, należał do jej zmarłej matki, lecz już dawno
go nie widziała. Uznała, że warto będzie go poszukać. Nie miała sił, aby robić
to w tamtym momencie, więc odstawiła zdjęcie i usiadła na sofie.
Rozmowa, którą podsłuchała i ta kobieta, wszystko wskazywało
na zdradę. Nie wątpiła w nią zresztą ani przez chwilę, doskonale zdawała sobie
sprawę, że mąż ją zdradzał, więc nie stanowiło to żadnej niespodzianki.
Istniała jednak różnica między wiedzą, a ujrzeniem czegoś na własne oczy.
Zabolało. Bolało za każdym razem i nie miało znaczenia, jak bardzo wszystkiego
by się zapierała, nie chciało przestać. Próbowała wmówić sobie, że już dawno
jej nie zależy, że nie ma żadnego znaczenia, co on robi, a czego nie. Niestety
nie potrafiła w to uwierzyć, rozsądek mówił jedno, a serce drugie.
Jednocześnie
poczuła się dziwnie przerażona, ucisk w gardle powiększał się, wilgotne oczy
groziły powodzią łez. Bała się bardzo, nie potrafiła jednak powiedzieć dlaczego
ani przede wszystkim czego, gdyż z całą pewnością nie spowodowało tego zajście
z Lucjuszem. Był to niezwykły rodzaj strachu, trudny do opisania i niemożliwy
do zakwalifikowania, a ona przecież tak bardzo lubiła mieć wszystko
uporządkowane i oznaczone odpowiednią etykietką. Ten strach był pod każdym
względem niekanoniczny, nie potrafiła sobie z nim poradzić. Po chwili zmieniła
pozycję podciągając nogi pod brodę, które następnie ciasno objęła. Obserwowała
pokój kołysząc się delikatnie, wszystko wokół niej wydało jej się bardzo smutne
i zimne. Zupełnie jak ona. Długo wstrzymywane łzy popłynęły po jej policzkach,
po to tylko aby spaść na jej suknię, tworząc maleńkie, mokre plamki, które
niedługo wyschną i w efekcie nic po nich nie pozostanie, żadnego śladu oprócz
jej zaczerwienionych oczu. Jakie to bezcelowe, pomyślała. Czuła się niezwykle
słaba, nie umiała nad sobą zapanować, a był chyba pierwszy raz, kiedy nie
przyszło jej to naturalnie. Siedziała więc na szarej kanapie trzęsąc się coraz
bardziej, a słone krople nie przestawały płynąć po jej twarzy. Opłakiwała
utratę poczucia bezpieczeństwa, szczęścia i wszystkiego, co miała, zanim
wydarzenia z tamtej zimowej, wietrznej nocy wszystko zniszczyły. Opłakiwała
również stratę maleńkiej, a jednak znaczącej części siebie, której nie
potrafiła odzyskać. Zaufała bowiem Lucjuszowi całkowicie, dając mu całą siebie,
co było ogromnym błędem. Pierwszy i ostatni raz, kiedy ten błąd popełniła.
Pragnęła, żeby wraz ze łzami opuścił ją cały ból i żal, który przez tak długi
czas tłumiła w sobie. Wydawało się jednak, że oba uczucia wrosły w nią głęboko,
aż do rdzenia i nie było sposobu, żeby się ich pozbyć.
Jej myśli skupiły się na
tamtym bolesnym zdarzeniu, które całkowicie odmieniło jej dotychczasowe życie.
Półmrok, wiatr, zimno i ta niepokojąca
atmosfera, zwiastująca ból, tortury i śmierć. Nie miała pojęcia w jaki sposób
się tam znalazła, a znajdowała się na samej krawędzi niesamowicie głębokiej
przepaści. Kiedy jednak spróbowała odejść od niebezpiecznej granicy, poczuła,
jakby trafiła na przeźroczystą barierę. Nie mogła przejść. Była uwięziona. Sięgnęła
po różdżkę ,jednak nie znalazła jej. Uwięziona i bezbronna. Dopiero po chwili
zdała sobie sprawę, że nie jest sama, za niewidzialną przeszkodą stała nieznajoma
kobieta oraz jej mąż. Zalała ją fala ulgi, on tu był, a on na pewno nie pozwoli
jej skrzywdzić.
Jak bardzo się myliła, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziała,
a czasami marzyła, żeby tego wszystkiego nie wiedzieć, nigdy nie zobaczyć. W
tych rzadkich chwilach słabości, pragnęła, wciąż żyć tak jak wcześniej, nie
widzieć prawdy i nigdy jej nie poznać. Życie z zamkniętym oczami było prostsze,
łatwiejsze, mniej bolesne i czasem za tym tęskniła.
Dyskutowali o czymś
żywo, nawet z odległości w jakiej się znajdowała, mogła zobaczyć wyraz skrajnej
złości na twarzy Lucjusza. Nie słyszała o czym mówią, ściana przed nią
skutecznie jej to utrudniała. Zdawali się jej nie widzieć. Rozejrzała się
uważniej po okolicy, zauważając za przed nią, otoczony górami, rozciąga się
ogromny cmentarz. Zadrżała, zarówno ze strachu, jak i z zimna. Nieuzbrojona,
uwięziona kobieta w ciąży miała jak najlepsze powody, żeby być przerażona. Usłyszała
głośny huk i poczuła jak siła odrzutu przewraca ją do tyłu. Ziemia uciekała
spod jej palców, ostatkiem sił złapała się drobnego krzaczka, który jakimś
cudem wyrósł wśród nagich skał. Zwisała nad przepaścią, a jej jedynym uchwytem
była roślina, którą powoli wyrywała z ziemi. Zaczęła krzyczeć w nadziei, że bariera
oddzielająca ją od cmentarza została zniszczona. Osuwała się coraz niżej.
Nagle poczuła, że zamiast w dół przesuwa się bliżej stałego gruntu. Lucjusz.
Kiedy była w połowie drogi, przestał ją wyciągać. Ledwie zdążyła znaleźć
oparcie dla nóg i rąk. W małej odległości od jej prawej dłoni leżała różdżka,
aby do niej sięgnąć musiała puścić skałę. Umysł podpowiadał, że jeśli to zrobi
spadnie, jednocześnie wiedziała, że jeśli nie puści spadnie na pewno. Była zbyt
słaba, żeby dobrze się trzymać. Zaryzykowała i… złapała różdżkę. Moment później
stała na ziemi. Udało się. Poszukała wzrokiem Lucjusza, nie rozumiała jego
zachowania. Niedaleko od miejsca, w którym stała zobaczyła go. Siedział przy
tamtej kobiecie. Jej sytuacja była bardzo podobna do tej, w której Narcyza
znajdowała się chwilę wcześniej. Lucjusz zostawił ją, żeby ratować inną. Kobietę
noszącą jego własne dziecko, na rzecz kochanki.
Nie mogła mu tego wybaczyć, zniszczył tym ich całe wspólne
życie. Chciała go nienawidzić i w części rzeczywiście tak było, ale bynajmniej
nie przeszkadzało to, aby przez niego cierpiała.
Jej rozmyślania przerwało nagłe pojawienie się skrzata
domowego, który wręczył jej list. Zanim zdążyła zapytać, skąd go wziął,
stworzenie zniknęło. Później będzie go musiała srogo wychłostać, nie rozumiała,
co jest trudnego w zapamiętaniu, że swoje listy odbiera osobiście od sowy. Zerknęła
na nazwisko nadawcy. Aaron Cornay. Westchnęła znużona i położyła pismo na
łóżko.
Czuła się nieco lepiej, na tyle dobrze, żeby poszukać zaginioną
biżuterię swojej rodzicielki. Udała się do pokoju, w którym trzymała większość
rzeczy, która pozostała po jej rodzicach. Nie były jej do niczego potrzebne,
jednak nie miała serca ich wyrzucać. Wiązało się z nimi mnóstwo wspomnień i
nawet jeżeli nie były one zbyt szczęśliwe, były jej jedynymi pamiątkami z
dzieciństwa. Pokój był bardzo jasny, mimo ciemnozielonych ścian, gdyż wpadało
do niego wiele światła słonecznego. Gdy weszła do środka, zdziwiła się że rzeczy
jest tak dużo. To prawda, że przychodziła tu bardzo rzadko, ale w jej pamięci
było to małe pomieszczenie, z paroma pudłami na podłodze, a zamiast tego
ujrzała trzy, ogromne szafy wypchane po brzegi i dodatkowo dwa kartony na
podłodze, równie pełne, co szafy. Na szczęście miała przed sobą całą noc.
Wiedziała, że gdyby się położyła i tak nie mogłaby zasnąć, a trochę pracy
fizycznej dobrze jej zrobi. Nie mogła bowiem użyć czarów na medalionie, gdyż
zaczarowała go jeszcze jej prababka. Jeśli chciała znaleźć naszyjnik, musiała
to zrobić własnoręcznie. Otworzyła pierwszą szafę i zabrała się do szukania.
***
Setki kilometrów dalej, w małym sosnowym lasku, pewna młoda,
ruda wiewiórka zbierała orzechy, które będą jej pożywieniem przez następne
zimne miesiące. W pewnym momencie poczuła nieznaczne poruszenie, zamarła w
bezruchu, czujnie nasłuchując. Chwilę później z krzaków wyszła wysoka,
zamaskowana postać. Rozejrzała się po okolicy, najwyraźniej dostrzegając coś,
co umknęło bystremu spojrzeniu wiewiórki. Intensywnie wpatrywała się w drzewo,
zza którego, po chwili, wyłoniła się ciemnowłosa kobieta.
-Przyszedłeś – zacmokała z zadowoleniem – Moc starych
przysiąg wzrasta, klątwy się odnawiają, ona zginie. Znasz swój wybór, więc jaka
jest twoja decyzja?
-Kiedy? – w głosie zamaskowanego mężczyzny nie było żadnych
uczuć.
-Niebawem. Skontaktuję się. – gdy tylko ostatnie słowa
opuściły jej usta, zniknęła. Mężczyzna przez chwilę chodził w kółko, wpatrując
się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem i również się deportował.
Wiewiórka przekrzywiła łepek i chwilę przypatrywała się
miejscu, gdzie jeszcze przed momentem stali. Po chwili wróciła do swojego
poprzedniego zajęcia, zapominając o tym dziwnym, nietypowym zajściu.
***
Po paru godzinach żmudnych poszukiwań Narcyza stwierdziła,
że się poddaje. Przeszukała wszystko, ale naszyjnika nigdzie nie było.
Dochodziła właśnie trzecia w nocy, a ona w miarę pracy robiła się coraz
bardziej śpiąca. Wstała z klęczek i obrzuciła pokój ostatnim spojrzeniem.
Szczęście nie opuściło jej jednak całkowicie, gdyż zanim zamknęła drzwi
dostrzegła mały błysk na górnej półce. Zaintrygowana podeszła bliżej i ujrzała
zagubiony naszyjnik. Sięgnęła po niego, a w chwili, gdy go dotknęła, poczuła
gwałtowne szarpnięcie w okolicach pępka, dłoń, którą trzymała medalion zdawała się
być do niego przyklejona. Były to odczucia charakterystyczne tylko dla jednego,
znanego jej środka transportu.
Świstoklik…
Witaj, Kochana. :)
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz jaką radość mi sprawiłaś tym rozdziałem. Prawie już miałam wczoraj około północy zasypiać i sobie myślę... "Hm, a może by tak zerknąć na bloggera"... Tak więc z pół przymkniętymi oczami wchodzę na mojego super, fajnego fona i co ja widzę?! Spes_ dodała rozdział, jak się ucieszyłam. :D Od razu cały sen i zmęczenie opuściło moje ciało, a ja czytałam to cudo kilka razy i chyba przeczytam jeszcze raz, ale wszystko od początku. :D
Dobra, a teraz rozdział. Biedna Cyzia, tak mnie zakuło w środku jak przeczytałam o tym wspomnieniu, o tym co wydarzyło się parę lat wstecz. To było straszne, zły Lucjusz! Ależ mam na niego teraz nerwy. Ja się bałam, że ona spadnie do tej przepaści, ale tą tarczą mnie bardzo zaciekawiłaś. Dziwne było zachowanie Lucjusza co prawda pomógł swojej żonie, ale ją zostawił. Zostawił kobietę w ciąży, dla swojej kochanki, również w ciąży. Oj, to ja bym na miejscu Narcyzy od razu od niego odeszła, tak odeszłabym.
Ta rozmowa Lucjusza i tej kobiety, mam tylko nadzieję, że oczywiście nie rozmawiali o śmierci Narcyzy. Oby nie... Wiewióra. <3 To mnie rozśmieszyło. :)
Cyzia, biedaczka... tyle się naszukała tego naszyjnika, a tu bum, znalazł się. Świstoklik. ^^ Dlaczego skończyłaś w takim momencie? Chce wiedzieć, gdzie ją przeniósł. :D
Czekam na rozdział. :3
Całuję, Cyzia. :**
To jeszcze ja. Ależ mam sklerozę. Dziękuję za życzenia, przydadzą mi się. :)
OdpowiedzUsuńWażne, że przeczytałaś mój rozdział i Ci się podobał, co do komentarza, to poczekam, nie spieszy się. :)
Ps: Piękny szablon. *.*
Boże! Twój rozdział + Brian Crain = łzy Esme.
OdpowiedzUsuńCzy ty sobie zdajesz jaki masz talent? To jest naprawdę niesamowite. Jesteś 3 autorką, która swoim opowiadaniem potrafi doprowadzić mnie do szczerych łez. Nie chodzi tu tylko o to, że to jest Lucjusz i Narcyza, o nie. Masz talent, prawdziwy talent. Czytam to i przeżywam wszystko wraz z postaciami, w tym przypadku z Narcyzą. Odczuwam jej uczucia, emocje. To jest niesamowite. Przepraszasz za błędy? Śmieszna jesteś! Nic nie zobaczyłam, ale jeżeli nawet by były, to i tak bym nie ujrzała. Gdy coś jest dobre, to ja minusów nie widzę. :)
Jak opisałaś te uczucia Narcyzy, to aż mną wstrząsnęło! Ciarki przeszły mi aż po ciele! Staram sie wytrzeć łzy, ale jak sobie to przypominam, to po prostu nie potrafię ich powstrzymać! Wdech i wydech, wdech i wydech. xd
Opis tej wiewiórki najbardziej mi się spodobał. :D Widziałam tą wiewióreczkę, jakby stała tuż przede mną! Ta, moja wyobraźnia działa. xd
I najgorsze... Kto ma zginąć?! Jedynie nasuwała mi się Cyzia i tego się boję. I ten świstoklik! Boże, po prostu chcę wiedzieć, co dalej i nie wytrzymam!
Dziękuje za te życzenia. :) Aż miło mi się na sercu zrobiło, że ktoś o mnie pomyślał. ;*
Przy twoim pisaniu, aż mi wstyd, że czytasz takie moje głupoty, że aż głowa boli!
Czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam. :* <3
Jedno słowo - Genialne!
OdpowiedzUsuńNo dobrze, nie jedno. Będzie więcej. Bo to jak piszesz, jaką historię i bohaterów stworzyłaś zasługuje na więcej słów. Narcyza - samotna, opuszczona kobieta. Świetnie ją wykreowałaś i przez te wszystkie rozdziały jestem z nią całym serem. Między słowami czuć tę miłość, którą nadal czuje do męża. Co do Lucjusza, jakoś nie wydaje mi się aby był aż taką świnią. Coś wyczuwam jakiś spisek, który ma na celu ochronę Narcyzy. Dobra, nie wiem czy to co właśnie napisałam ma jakiś sens. Ale podejrzewam, że to coś w tym stylu. Świetnie to wymyśliłaś z tym świstoklikiem! Normalnie miałam ochotę rzucić coś w monitor. Tak bardzo chcę już następny rozdział! Chcę wiedzieć co będzie dalej. A co do stylu twojego pisania. Na gramatyce zbytnio się nie znam, wyłapałam tylko kilka literówek. Poza tym piszesz tak leciutko! Wszystkie notki łyknęłam za jednym zamachem. Ten rozdział jak na razie najlepszy.
Dodaję do obserwowanych i czekam na następny rozdział. Coś czuję, że zrzucisz jakąś bombę. Już nie mogę się doczekać.
Pozdrawiam serdecznie :D
http://zimne-oczy.blogspot.com/
Mój komentarz będzie znacznie krótszy od pozostałych, bo po prostu mnie zatkało (pozytywnie oczywiście)i nie wiem co napisać. Wracam sobie wczoraj do domu po dwóch dwutygodniowych wyjazdach i bang! nowy rozdział. Szkoda, że tylko jeden...Jestem nim szczerze zachwycona i czekam na następny.
OdpowiedzUsuńP.S.Jak widzisz już jestem w obserwatorach.
Przeczytałam i powiem Ci, że mi się podoba (; Rzadko kto pisze o Narcyzie i Lucjuszu, przeważnie ludzie piszą o Draconie, dlatego to miła odmiana przeczytać o ich rodzicach. Błędów nie robisz dużo, choć zdarzają się potknięcia... na przykład w tym rozdziale "coraz" napisałaś osobno (: No i brak przecinków troszkę razi, ale nie jest źle. Co do rozdziału to mi się podoba, jest ciekawy. Te wspomnienia Narcyzy, wiewiórka (<3), świstoklik... Tylko Lucjusz to dupek, jak mógł tak zostawić Cyzię, jeszcze gdy była w ciąży?! Ach, ci ślizgoni. Ale przynajmniej ją uratował... To się facet postarał. Uratować własną żonę to rzeczywiście należy mu się medal :P I kto ma zginąć?! Oby nie Narcyza! Bardzo ładnie i zgrabnie wszystko opisujesz!
OdpowiedzUsuńWeny! :*
Piękny rozdział, dokładnie opisany. :)
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa kto ma zginąć, oby tylko nie Narcyza, choć to na nią wskazuje. ;(
Życzę weny. :*